• Ludzie Kasisi

    Siostra Mariola

    Pracuje w sierocińcu od 25 lat. — To jest mój dom. Jestem tu szczęśliwa. Siostra Mariola jest przełożoną sierocińca. — Życie nauczyło mnie, żeby myśleć o tym, co jest dzisiaj. Przyszłość można planować, ale najczęściej po to, by usłyszeć śmiech Pana Boga. On wie, czego nam potrzeba i się o nas zatroszczy — mówi ze spokojem i wielkim zaufaniem. Kasisi to miejsce kipiące życiem, choć często to także miejsce cierpienia i trudnych pożegnań z tymi, dla których ziemski czas się kończy. — Śmierć dziecka mnie dobija, ale myślę sobie wtedy, że ja nie kocham go bardziej niż Pan Bóg, a ono przechodzi po prostu z moich rąk do Jego — tłumaczy. Siostra Mariola nie tylko załatwia formalne sprawy, dzięki czemu ta wielka maszyna działa, ale także opiekuje się starszymi dziewczętami, które często potrzebują rozmowy, porady, kogoś, komu mogłyby się zwierzyć. Najmłodsze dzieci ją uwielbiają – gdy tylko pojawia się w pobliżu wołają „mamusia”. — Może i ludzie sobie myślą, że jestem tu szefem szefów, ale gdyby nie wspólnota sióstr, nie byłoby tego miejsca. Siostry podzielają moją wizję i włączają się w jej realizację. Mamy takie same myśli, pragnienia i styl pracy. Wiem, że jak wyjadę, to wszystko będzie tu działało — mówi. — Odkąd przyjechałam do Zambii, wiele się tu zmieniło. Dziś ludzie są tu dużo bardziej wyczuleni na dobro dziecka. Kiedyś, gdy umierała matka, dziecko zmuszone było podzielić jej los. Dziś ludzie w Lusace często zaczepiają mnie, mówiąc, że słyszeli, że tam i tam jest takie i takie dziecko, które potrzebuje pomocy. Teraz ludzie sami przynoszą dzieci do sierocińca. Są bohaterami, bo choć nie mogą podarować im ojcostwa, macierzyństwa, darują im w ten sposób życie. 

     

    Siostra Krystyna

    Przyjechała do Zambii 15 lat temu. Nie miała takich planów. Nie chciała narzucać przełożonym gotowego scenariusza. — Wyraziłam jedynie gotowość, by realizować swoje powołanie poza Polską — mówi. Są ludzie, którzy uważają, że to heroizm zostawić rodzinę, kraj, jechać do Afryki, w nieznane. Ja bym wokół tego nie budowała takiego patosu. Po prostu byłam na to gotowa — dodaje. Siostra Krystyna nie ma w Kasisi jednego, jasno określonego zadania, ale jest niezastąpiona. — Jest nas tutaj pięć z Polski. Ja jestem ta piąta. Zapasowe koło. Ale na zambijskich drogach bardzo potrzebne. Porównanie z dziedziny motoryzacji nie jest przypadkowe, bo za kółkiem siostra Krystyna czuje się jak ryba w wodzie. Pomaga w zaopatrzeniu, wspiera siostrę Mariolę w załatwianiu spraw w Lusace. Wozi dzieci do szpitala, zajmuje się organizacją wyjazdów wszystkich dzieciaków do szkoły. Nie boi się jazdy po stolicy, choć oprócz przepisów trzeba tam jeszcze znać zwyczaje i stosować zasadę bardzo ograniczonego zaufania. Codziennie jeździ przez busz toyotą hardbody. — Nie jestem jedynym kierowcą tego samochodu, ale to ja czuwam nad przeglądami i wiem, kiedy czas się zgłosić do serwisu. Siostra Krystyna żadnej pracy się nie boi: jest i kierowcą i... szwaczką. Szyje habity. — Zambijki jakoś niechętnie chcą się tego uczyć, więc to moja działka. Materiał mamy stąd, nie z Polski. Sto procent poliester. Jak przychodzą upały to materiał nie ułatwia życia, ale za to jest praktyczny. Dobrze się pierze, szybko schnie i łatwo się prasuje. A welony mamy z materiału sprowadzanego dla hindusów. Oni chodzą w takich białych strojach. W Kasisi mówi się, że siostra Krystyna skończyła dwie ważne szkoły: szycia i gotowania. Jej znakomite wypieki pamiętają ojcowie i siostry z różnych części Zambii. Jest również odpowiedzialna za pocztę i dba o kaplicę w Kasisi.

     

    Siostra Maria

    Do Kasisi przyjechała w 2000 roku wraz z siostrą bliźniaczką. — Czuję jakbym tu była jeden dzień, jedną minutę… bo jestem tu szczęśliwa. Czy można się źle czuć między dziećmi? Siostra Maria uwielbia wrzask i harmider, który towarzyszy zabawom dzieci. — Nie, nie jak płaczą, jak wykrzykują gardła ze szczęścia — podkreśla. Siostra Maria opiekuje się dziećmi w St. Martin’s House. — To są dzieci pozytywne i negatywne. Mieszkają razem, by zatrzeć granicę podziałów. Robimy wszystko, by przez chorobę nie były naznaczone, by wykorzystały swoje dzieciństwo całkowicie na bycie dziećmi, nie pacjentami — mówi. Bliźniaczka, siostra Janina, zajmuje się młodszymi dziećmi, więc przejście pod opiekę  siostry Marii często wywołuje zabawne sytuacje. — Patrzcie, jakie to praktyczne. Przyzwyczajają się do niej i później trafiają do mnie. Nie przeżywają szoku, bo przecież jesteśmy takie same. Siostra Maria jest przełożoną wspólnoty sióstr. — No i co z tego?! Tutaj nikogo nie trzeba prowadzić za rękę… z wyjątkiem dzieci. Wszystkie siostry są odpowiedzialne. Dom działa, bo każda z nas ma swoje obowiązki i robi wszystko, żeby działał. Siostra Maria jest też odpowiedzialna za pralnie i oprowadzanie po sierocińcu gości. — To też bywa zabawne. Opuszczam gości na chwilę, Jancia przez przypadek pojawia się na horyzoncie po drugiej stronie sierocińca, znika, ja wracam i widzę na twarzach gości wymalowane przerażenie.

     

    Siostra Janina

    — Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela — mówiła, gdy przełożeni zastanawiali się nad tym, czy do Zambii siostry mają wyjechać razem. W 2000 roku pojawiła się więc w Kasisi także siostra Janina. — Dzieciaki raczej nas nie mylą, ale jak już się pomylą to i lepiej dla nich. Nie tęsknią tak, jak nie ma jednej z nas, a druga jest w pobliżu — tłumaczy całkiem poważnie. Siostra Janina odpowiada za House of Hope i najmłodsze dzieci, czuwa nad kuchnią przy dużej jadalni.

     

    Siostra Jolanata

    Jest w Zambii już od 65 lat. Najczęściej można spotkać ją w kaplicy. Aż trudno uwierzyć, że najstarsza siostra w sierocińcu sprawuje pieczę nad najstarszymi chłopcami, wydawać by się mogło najbardziej zbuntowanymi, którzy „wiedzą wszystko lepiej“ i już uważają się za dorosłych. Widząc siostrę Jolantę, stają na baczność. — Nie, siostra Jolanta nie jest dla nas postrachem. My ją po prostu szanujemy — tłumaczą. Siostra Jolanta czuwa, by chłopcy sumiennie wypełniali swoje obowiązki, dopinguje ich też w opracowywaniu nowych układów akrobatycznych. Na jedną prośbę siostry stają w szeregu i śpiewają po angielsku „Barkę”. — Siostra Jolanta spędza z nami dużo czasu. Słucha nas i daje dobre rady. Bardzo ją kochamy.

     

     

    Siostra Faustyna

    — Nie róbcie mi zdjęć. Fotografujcie dzieci — mówi ze skromnością. Taka jest siostra Faustyna. Zajmuje się przedszkolakami mieszkającymi w Father Edmund’s House. I choć nie widać jej tak często, jak innych sióstr, biegającej po sierocińcu, jest dla wszystkich nieopisanym wsparciem. — Jeśli tylko pojawia się jakiś problem, wynikający z różnicy kulturowej, trzeba iść do siostry Faustyny. Ona zawsze pomoże zrozumieć mentalność Zambijczyków — tłumaczą. Siostra Faustyna dba też o ogród, by w kuchni nigdy nie zabrakło bananów, pomarańczy, bakłażanów i kapusty. Przed laty była dyrektorką szkoły, ma świetne podejście do dzieciaków. Dziś można się od niej uczyć spokoju, modlitwy i skromności.

     

    Siostra Exilda

    Jest najmłodszą siostrą w Kasisi. Do jej obowiązków należy opieka nad House of Hope. W kuchni pomaga przygotowywać posiłki dla dzieci wymagających specjalnej diety. Z jej twarzy nigdy nie schodzi uśmiech. — Jestem szczęśliwa, to miejsce, w którym uśmiech sam się pojawia, nie trzeba się starać być wesołym, tu jest się po prostu szczęśliwym. Siostry w Kasisi podkreślają jednomyślnie wyjątkową cechę jej uśmiechu: — Szczery, do zenitu szczery. Do obowiązków siostry Exhildy należy również pomoc w St. Martin’s House. Dla tych, którzy jeszcze nie chodzą do szkoły, siostra organizuje lekcje. — Wszyscy już napisali słowa na kartce? To teraz kolorujemy. Litery muszą być wesołe.

     

    Mamis

    W Kasisi jest ponad 250 dzieci. — To bardzo duży sierociniec. Niestety przy takiej liczbie dzieci bardzo łatwo o poczucie, że jesteśmy w tłumie, wielkim organizmie, a my chcemy tego, by każde dziecko czuło się tu szczególnie — mówi siostra Mariola. Dobry klimat tworzy sam układ zabudowań sierocińca, który nie sprawia wrażenia molocha. Zajmuje on rozległy teren, na którym rozrzucone są mniejsze domki. Żyją w nich dzieci, a wraz z nimi kobiety, „mamusie”. Mamis pomagają w codziennej toalecie, praniu ubranek, przygotowywaniu posiłków, dbają o porządek, uczą dzieci pierwszych angielskich słów, kolorów i liczb. Starszym służą radą, pilnują, by punktualnie wyszły do szkoły. Uczą narodowej kultury i tradycji. Dzięki nim w każdym domku panuje rodzinny klimat. Takich kobiet jest w sierocińcu prawie pięćdziesiąt.

    Partnerzy